Człowiek i władza: losy Polaków w Azji środkowej

Olga Medvedeva

 

Artykuł opublikowany w książce

“Losy Polaków w Kirgistanie. Przeszłość i teraźniejszość”.

Bishkek, Kyrgyzstan, 2006

 

Niezaprzeczalny jest fakt, że narody, zamieszkujące dziś niezależne republiki Azji środkowej, realizują prawo do swobody swego bytu etnicznego. Jednocześnie uczeni uzyskali dostęp do archiwów. Wydawałoby się, że to umożliwi systematyczną, wyzbytą pośpiechu, pracę nad losami Polaków w tym rejonie byłego Imperium sowieckiego. Jednak czas nagli, bowiem Polacy opuszczają Azję środkową. Z biegiem dni maleje szansa gromadzenia - na miejscu - świadectw ludzi, którzy sami i których przodkowie tu spędzili swoje życia. A przecież tylko takie zderzenie punktu widzenia oficjalnego (czerpanego ze źródeł państwowych) i osobistego (świadectw prywatnych) pozwala na rekonstrukcje, z których wyłaniają się ludzkie losy i, następnie, obraz tej szczególnej historii Polaków na obczyźnie.

 

Historia Polaków w Azji środkowej - w egzotycznej scenerii, w słońcu, które, wydaje się, nigdy nie zachodzi, na tle wspaniałych szczytów Pamiru i Tien-Szanu oraz niebieskich kopuł starodawnych meczetów, wśród narodów muzułmańskich rządzonych przez Samodzierżcę Wszechrosji, Króla Polskiego, Wielkiego Księcia Finlandzkiego i tak dalej i tak dalej i tak dalej (częścią pełnego tytułu cesarskiego było też – Monarchy Turkiestańskiego) - liczy około 150 lat. W tej orientalnej, rozległej przestrzeni i bezmiernym czasie różnie Polakom się żyło: tęsknili za ojczyzną i przyzwyczajali się do nowej ziemi, pielęgnowali polskość i zapominali mowy polskiej, wracali do kraju i znów lądowali na Wschodzie… Lecz jeden wyznacznik pozostawał niezmienny: podejrzliwy stosunek władz do Polaków.

 

Polacy pojawili się w Azji środkowej w latach 60-tych XIX wieku, kiedy Rosja wyruszyła na podbój Turkiestanu. Jest tragicznym paradoksem to, że walczyli oni przeciwko tubylcom w składzie tej samej carskiej armii, która tłumiła każdą polską próbę walki o niepodległość.

 

Niektórzy z tych Polaków – tak żołnierze, jak i oficerowie - po dymisji zostawali w miejscu służby.

 

Pułkownik carskiej armii Franc Konarżewski (właściwie Franciszek Konarzewski; polskie imiona i nazwiska często wymawiano w Rosji z rosyjska; Polacy do nich się przyzwyczajali i nawet nie zauważali trudności w ich wymawianiu; dziś wielu z nich nie bez zdziwienia i nie bez oporu przyjmuje prawidłowe lecz nowe dla nich brzmienie własnych imion), szlacheckiego rodu, katolickiego wyznania, urodził się w 1828 r. na Wołyniu. Służbę wojskową rozpoczął jako żołnierz w 1854 r. Od 1866 r. skierowano go do Turkiestanu, gdzie brał udział w zdobyciu fortecy Dżizak i bucharskiego miasta Karszi, jak również w obronie cytadeli Samarkandzkiej. Bił się Konarzewski walecznie, o czym świadczą jego liczne odznaczenia: czy to w szczerej wierze w swoją “misję europejsko-cywilizacyjną” na Wschodzie, czy to z lojalności wobec Rosji, uważając to za dobro dla Polski, a raczej - jak większość jego ziomków i kolegów z wojska - po prostu działał zgodnie z etosem oficera.

 

Po odejściu na emeryturę ożenił się z Marią-Sofią Tressek-Deschert, najprawdopodobniej zasymilowaną w Rosji Niemką, i zamieszkał z żoną i dziećmi w Samarkandzie. Chyba ciągnęło go do kraju, a może przeczuwał, że nie wiele mu życia zostało -  powrócił z rodziną na Wołyń, do Równego.

 

Po jego śmierci wdowa wyjechała z dziećmi do Samarkandy…

 

Te dane pochodzą z Archiwum Wojenno-Historycznego w Moskwie. Dokumenty z późniejszych dziejów rodziny Konarzewskich spoczywają w Archiwum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Uzbekistanie. O tym będziemy mieli okazję jeszcze powiedzieć.

 

Drugą grupę Polaków, którzy osiedlali się w Turkiestanie, stanowili uczestnicy powstania 1863-1864 r. Byli to zesłańcy polityczni, których droga do Azji  środkowej wiodła najczęściej przez Syberię. Wciąż nie mając możliwości powrotu do kraju, próbowali się tutaj zadomowić. Ale ciągle przerzucano ich z miejsca na miejsce – właśnie żeby zadomowić się nie mogli. Chcieli założyć przedsiębiorstwa albo zająć posady w administracji (byli to przecież ludzie wykształceni, których w Turkiestanie brakowało), ale stawiano im różnorakie przeszkody albo wręcz podobnej działalności  zabraniano. Władze nie spuszczały powstańców z oczu, przy każdej sposobności przypominając “hardym Polaczkom” [“заносчивым полячишкам”] o ich rebelianckiej przeszłości.

 

W 1870 r. miejscowa biurokracja miała zamiar zezwolić “politycznemu przestępcy” Janowi Kruszewskiemu na osiedlenie się w Samarkandzie i podjęcie pracy na poczcie. Zawiadomiono o tym samego Ministra Spraw Wewnętrznych Imperium w Sankt-Petersburgu, który odmówił, bowiem “zgodnie z przyjętą regułą żadna osoba polskiego pochodzenia i rzymsko-katolickiego wyznania nie może być zatrudniona na poczcie, a już zatrudniona nie może objąć wyższego stanowiska i powinna być zwolniona przy najmniejszej wątpliwości co do lojalności; wobec tego nie uznać za możliwe zatrudnienie Kruszewskiego na poczcie nawet w charakterze wolnonajemnego pisarza, ponieważ był osądzony jako uczestnik buntu”.

Kazano więc przenieść buntownika z Wileńszczyzny Kruszewskiego z Samarkandy do Taszkientu, do dyspozycji Wojennego Gubernatora obwodu Syr-Dariańskiego - dalej od kluczowego departamentu łączności i komunikacji, a zarazem bliżej miasta stołecznego, to znaczy do wszechwidzącego oka cara, po to, żeby później wyprawić go, jak innych jego towarzyszy, do wewnętrznych guberni Rosji…

 

Władze wiedziały, co robiły – Generałem-Gubernatorem Turkiestanu był w tych latach obeznany ze sprawą polską Konstanty von Kaufman, były Generał-Gubernator kraju Północno-Zachodniego i dowódca wojsk okręgu Wileńskiego, następca Murawiewa-«wieszatela», niesławnej pamięci pacyfikatora polskiego powstania 1863 r.

 

W związku z organizacją życia na podbitych terenach Polacy przyjeżdżają tu jako pracownicy administracji carskiej, przeważnie „szeregowi” licznego „wojska”  urzędniczego Generała-Gubernatora, Gubernatora Wojennego, gubernatorów obwodów itp. Lecz nieraz Polacy zajmują w administracji wysokie stanowiska.

 

Nieco później zjawiają się polscy przedsiębiorcy zwabieni bogactwem tego szybko rozwijającego się regionu, bogatego w zasoby naturalne, wyroby rolnicze i przede wszystkim - w bawełnę, której co raz więcej potrzebowała Łódź.

 

W ślad za nimi wyruszają do Turkiestanu prawnicy: notariusze, adwokaci, sędziowie, prokuratorzy - aż do rewolucji 1917 r. było wśród nich mnóstwo Polaków, rodem z Wołynia, Podola, Wilna, Odessy, absolwentów uniwersytetów w Kijowie, Warszawie, Sankt-Petersburgu. W tym samym czasie do Azji środkowej przyjeżdżają Polacy - nauczyciele, lekarze, inżynierowie, którzy przez długie lata będą służyć zarówno europejskiej mniejszości, jak i miejscowej ludności.

 

Podczas pierwszej wojny światowej Turkiestan zalali jeńcy wojenni, deportowani i uchodźcy, wśród których było dużo Polaków, a w czasie drugiej wojny – przede wszystkim deportowani ze wschodnich ziem polskich po zajęciu ich przez Armię Czerwoną w 1939 r., zwolnieni z więzień i łagrów na mocy amnestii 1941 r., jak również uciekinierzy.

 

Tak więc od połowy lat 60-tyh XIX wieku nieomal do połowy wieku XX z Polski w kierunku Azji środkowej obserwowano duży ruch. I od samego początku Polacy stanowili w kosmopolitycznym Turkiestanie odrębną i liczną grupę etniczną.

 

Według spisu ludności z 1897 r. mieszkało tu ponad 11 tysięcy katolików, przeważnie Polaków. A jednak kościoła katolickiego stanowiącego wyznacznik polskiej tożsamości i ważny czynnik zwartości polskiej wspólnoty - w Azji środkowej nie było. W celu odprawiania obrzędów religijnych do Turkiestanu od czasu do czasu przyjeżdżali księża, oddelegowani na krótki okres z innych miast Imperium. Nieraz Polacy lata czekali na ślub albo chrzest.

 

Poczynając od 1875 r. katolicy wielokrotnie wystosowywali prośby do władz o przysłanie na stale księdza i zarejestrowanie parafii rzymsko-katolickiej. Zgodnie z ówczesnym prawem parafia mogła być zarejestrowana w tym wypadku, jeżeli w danym rejonie było nie mniej, niż sto rodzin określonego wyznania. W Taszkencie takich rodzin było ponad sto. Dane statystyczne świadczą, że pod koniec XIX w. w samym Taszkencie i obwodzie Syr-Darińskim mieszkało około trzech tysięcy osób, którzy uznawali język Polski za swój język ojczysty. Jednak zezwolenia nie udzielano.

 

Wreszcie, po 23 latach nie raz wznawianej korespondencji, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Imperium podjęło decyzję - w 1899 r. w Azji środkowej parafię zarejestrowano. W 1902 r. przysłano też księdza Justinasa Bonawenturę Pranajtisa, magistra teologii i wykładowcy języka hebrajskiego, profesora Rzymsko-Katolickiej Akademii Teologicznej w Sankt-Petersburgu.

 

Zezwalając na przyjazd księdza, władze carskie ostentacyjnie przypominały, że pełniąc służbę Bożą powinien dostosować się do ustalonych warunków. Mianowicie:

 

“…1. Nieodwołalnie przestrzegać NAJWYżSZEGO rozporządzenia z dnia 24 lutego 1868 r. o nieużywaniu języka polskiego w czasie wykonywania obrzędów dla katolików-przedstawicieli niższych rang.

2. Odprawiać wszystkie pozostałe nabożeństwa i wszystkie modlitwy wyłącznie po łacinie.

3. Zwracać się do parafian i głosić kazania wyłącznie w zrozumiałym dla wszystkich języku rosyjskim”.

 

Doświadczone władze wiedziały, jak ułatwić sobie pilnowanie księdza i parafian, pasterza i owieczek.

 

Ksiądz Pranajtis energicznie zabrał się do roboty. Wkrótce w Taszkiencie wybudowano kaplicę, w której regularnie odprawiano nabożeństwa. Ksiądz zamieszkał w tym samym budynku, później tu mieściło się Turkiestańskie Katolickie Towarzystwo Dobroczynne, schronisko dla uchodźców pierwszej wojny światowej, ochronka dla sierot, szkoła polska itd. W 1905 r. nad brzegiem rzeki Salar – na początku XX wieku były to peryferie miasta, gdzie stały kirgiskie jurty, obecnie jest to jedna z centralnych magistrali stolicy - ksiądz Pranajtis wykupił ziemię pod kościół. Nieopodal zaczęli się osiedlać Polacy – w Taszkiencie nazywano tę okolicę polskim gniazdem.

 

Otrzymanie zezwolenia na budowę kościoła było trudnym zadaniem. Świadczy o tym w sposób pośredni dokument dotyczący wzniesienia kościoła w Samarkandzie, ale znamienny dla stosunku władz do sprawy budowy kościołów i w innych miastach turkiestańskich.

 

Z podaniem o budowę kościoła zwracano się do Generała-Gubernatora, ten zaś sięgał po opinię prawosławnego biskupa Turkiestanu. Oto fragment tajnego listu z  dnia 10 maja 1912 r. wystosowanego przez Dymitra, Prawosławnego Biskupa Turkiestańskiego i Taszkienckiego do Wojennego Gubernatora w Samarkandzie w sprawie prośby samarkandzkich Polaków o zezwolenie na budowę w mieście kościoła katolickiego:

 

“…Według mnie budowa kościoła katolickiego w Samarkandzie… jest przedwczesna.

 

Według informacji, którą posiadam,  w Samarkandzie mieszka obecnie katolików mniej niż 600 osób obojga płci [według danych Komitetu statystyki – 1500 - O.M-N.]. Wątpię, żeby taka niewielka stosunkowo liczba katolików miała ostrą potrzebę w budowie kościoła, przecież do ich usług jest kościół w Taszkiencie [w rzeczywistości była to kaplica; budowę kościoła taszkienckiego w 1912 r. dopiero rozpoczęto - O.M-N.] w odległości tylko 13 godzin jazdy koleją…

Ale najważniejsze, co, wydaje się, powinno być wzięte pod uwagę przy podjęciu decyzji na ten temat, to korzyść ogólnopaństwowa. Nie ulega wątpliwości, że nasza prowincja powinna być zasiedlona przez rdzennie czystych Rosjan, którym droga jest moc i chwała ojczyzny. I skoro nie można uniknąć zasiedlenia w Turkiestanie obcoplemieńców, to trzeba stwarzać taką sytuację, przy której zawsze widoczne byłoby pierwszeństwo ludzi  narodowości rosyjskiej. Ze względu na to uważam za absolutnie niemożliwe zezwolenie na budowę kościoła w Samarkandzie dopóki nie ma w tym mieście majestatycznego soboru prawosławnego… Powinniśmy paraliżować wszystkie próby rozchwiania odwiecznych podstaw życia rosyjskiego państwa i społeczeństwa; zbudowanie zaś kościoła doprowadzi do wyników sprzecznych z tym zadaniem. Posłużmy się przykładem Taszkientu, w którym do momentu zbudowania kościoła i przybycia p. Pranajtisa, dzieci miejscowych Polaków zawsze mówiły po rosyjsku, przyjaźniły się z rosyjskimi dziećmi, często nawet chodziły do cerkwi prawosławnych. Obecnie zaś, właśnie od momentu, kiedy pojawił się w Taszkiencie p. Pranajtis, polska ludność miasta stanowi zupełnie odrębne etniczne “koło”, dzieci Polaków są nieżyczliwe wobec dzieci rosyjskich, i chociaż wszystkie świetnie rozumieją rosyjską mowę, uważają za swój obowiązek rozmawiać między sobą tylko po polsku. W związku z czym proszę uchylić prośbę...”

 

Mimo trudności, ambitny i energiczny ksiądz Pranajtis nosi się z zamiarem wzniesienia kościoła, i nie tylko w stolicy lub w Samarkandzie, ale też w innych miastach turkiestańskich.

 

W Taszkiencie budowę rozpoczęto w 1911 r.

 

Podczas pierwszej wojny światowej, kiedy w Turkiestanie znalazły się tysiące jeńców wojennych – katolików, m.in. Polaków z armii austriackiej i niemieckiej, Pranajtisowi udało się otrzymać zgodę władz na ich udział w budowie kościoła. Byli wśród nich fachowcy: inżynierowie budowlani, architekci, rzeźbiarze. Rzeźbiarze byli szczególnie potrzebni. Bowiem planowano wznieść pokaźny budynek sakralny, swego rodzaju Notre Dame de Tachkent, udekorowany aż 23 rzeźbami z czterometrową figurą Chrystusa - jedyną, której nie zdążono umieścić przed rewolucją bolszewicką 1917 r.

 

Dla jeńców tuż obok placu budowy postawiono w równych rzędach baraki. Budowa przez dłuższy czas była ich miejscem pracy i miejscem zamieszkania.

 

Jednak nie wszyscy jeńcy mieli tyle szczęścia jak ci, co pracowali pod opieką ojca Pranajtisa. W obozach takich jak Troicki czy Złota Horda jeńcy umierali na tyfus, malarię, gruźlicę – z nieprzyzwyczajenia do klimatu, antysanitarnych warunków, głodu, ogólnego osłabienia organizmu. Trzeba pamiętać, że jeńcy przybyli do Turkiestanu wprost z okopów wojny. Wobozie Troickim było 18 tysięcy jeńców, z tej liczby około tysiąca to Polacy. Wpisy do ksiąg o śmierci prowadzonych w kościele świadczą o tym, że ksiądz Pranajtis i jego pomocnicy w tych latach na cmentarzu spędzali nieomalże więcej czasu, niż na budowie. W Troickim wyrósł las z krzyży katolickich – 300 z nich było polskich.

 

Niektórym jeńcom udało się zamieszkać w miastach  (Komitet do spraw pomocy biednym rodzinom Polaków, uczestniczących w wojnie i ludności polskiej w biedzie, która ucierpiała z powodu działań wojennych, i inne organizacje polskie zapewniały Polakom pracę i czasami nawet mieszkania w tak zwanych polskich koloniach i schroniskach). Mieszkali pod nieustannym nadzorem agentów Turkiestańskiej Tajnej Policji (Ochranki). Agenci dokładnie deptali Polakom po piętach. Nie wahali się śledzić nawet ich rozrywek. W niektórych doniesieniach pisali: dalsza obserwacja jest niemożliwa, bo gęste korony drzew zasłaniają okna. A Polacy, jak to Polacy, lubili miejscowe Panie. A może to miejscowe Panie lubiły Polaków…

 

Tajna Policja nie dawała sobie rady. Rosja ponosiła klęski na frontach, polskie ziemie były okupowane przez wojska niemieckie - tym lepiej trzeba było orientować się w nastrojach tutejszych Polaków-cywili, nie spuszczać z oczu Polaków – obywateli Cesarstwa Rosyjskiego, którzy służyli w armii carskiej i pilnowali innych Polaków – jeńców wojennych z armii przeciwników; samych Polaków – jeńców wojennych; Polaków deportowanych z terenów okupowanych przez Armię Rosyjską, jak również Polaków – uchodźców… Władze obawiały się, że te wszystkie “elementy” mogą niebawem połączyć się w jedną niebezpieczną siłę.

 

Jest wielce ciekawe zestawienie wspomnień Polaków-jeńców wojennych i protokółów działalności polskich organizacji w Turkiestanie, z jednej strony, i dokumentów turkiestańskich organów bezpieczeństwa, które szpiclowały te same osoby i organizacje, z drugiej strony. W pierwszych zarejestrowano, jak miejscowi Polacy pomagali jeńcom przeżyć, a czasami i uciec, w dokumentach Ochranki - przesłuchiwania i prześladowania tychże miejscowych Polaków.

 

Budowy kościoła w Taszkiencie przed rewolucją bolszewicką nie skończono.

Mieszkańcy Taszkientu opowiadają, że w 1917 i 1919 r., podczas rozruchów rewolucji i tak zwanej rebelii Osipowa (była to nieudana próba odrestaurowania byłej władzy) w niedobudowany kościół trafiły armatnie pociski.

 

W tym samym 1917-tym, na początku roku, zmarł ksiądz Pranajtis.

 

Ale dom Pranajtisa z kaplicą jako ośrodek życia polskiego w Taszkiencie był czynny jeszcze wiele lat po śmierci księdza. Nabożeństwa w kaplicy odbywały się aż do 1925 r., kiedy parafię spustoszono a jej mienie skonfiskowano. Trudno było walczyć o zezwolenie na budowę kościoła, składać grosz do grosza, wznosić budynek, cegła po cegle. Natomiast niszczyć było łatwo: budowy zaniechano; mienie podzielono na sakralne i świeckie, przekazano go różnym właścicielom i – wszystko zrabowano.

 

W domu Pranajtisa ulokowano tak zwany Polski Klub (Dom Robotniczy), w którym tańczono krakowiaka i przysięgano na bezbożność i komunizm, aktywnie działały w nim bowiem kółka tańca ludowego i zgodnie z duchem epoki  - ateizmu.

 

Zamknięcie następnej karty historii parafii katolickiej w Taszkiencie wiąże się z momentem, kiedy współpracownik Pranajtisa ksiądz Bolesław Rutenis wyrzekł się wiary (czy raczej został do tego zmuszony).

 

Dziennik  “Prawda Wostoka” z 15 stycznia 1930 r. opublikował list księdza Rutenisa do redakcji:

 

“W ciągu ponad 20 lat byłem księdzem katolickim parafii w Taszkiencie, najpierw wikariuszem, a później proboszczem. Niedawne wydarzenia historyczne, które wstrząsnęły całym światem…, dotknęły też mnie, i ja byłem zmuszony do zmiany wewnętrznego stosunku do wielu rzeczy, do ich przewartościowania. Poznawszy bliżej …cele władzy radzieckiej, doszedłem do konkluzji, że nie powinienem być księdzem, że powinienem zrezygnować z tych obowiązków, jeżeli nie chcę iść przeciwko przedsięwzięciom władzy radzieckiej i interesom pracujących… Podjąłem tę decyzję mimo długoletniej służby swej, mimo byłego oddania mego tej sprawie, mimo całkowitego zabezpieczenia materialnego tak ze strony wspólnoty, jak i z zagranicy (od przedstawiciela Papieża w Harbinie Piotrowskiego).

Oto pokrótce jakie są powody i przyczyny mej decyzji.

1. Doszedłem do konkluzji, że religia jest po stronie tylko klas posiadających i nigdy nie broniła wyzyskiwanych.

2. Religia stoi na przeszkodzie rozwoju kultury i hamuje postęp.

3. Religia jest sprzeczna z nauką.

4. W mojej parafii zostali już prawie wyłącznie tylko starsi ludzie, których nie ma sensu przekonywać o tym, ze religia się przeżyła.

5. Dla pozostałych parafian, tej nielicznej grupki ludzi, niech mój czyn będzie dowodem mojego przekonania o pełnej bezpodstawności religii. Niech moje odejście będzie służyć jako przykład dla innych księży: nawołuję ich do odejścia z obozu przeciwników władzy radzieckiej i do zajęcia miejsca w szeregach uczciwych współobywateli.

 

Chcąc pracować na rzecz klasy robotniczej i ostatecznie zerwać z przeszłością, proszę Centralny Komitet Wykonawczy Uzbekistanu o udzielenie mi sowieckiego obywatelstwa, ponieważ nie mam zamiaru wracać do katolickiej Litwy. Bolesław Rutenis”.

 

Dalsze losy Bolesława Rutenisa są nieznane.

 

Natomiast znany jest los ostatniego księdza katolickiego w sowieckim Taszkiencie - Józefa Sawickiego. Jego imię znajdujemy na liście Polaków, represjonowanych w Uzbekistanie w okresie od 1919 r. do 1952 r., którą opublikowano w książce “Losy Polaków w Uzbekistanie 1919-1952” (wydawnictwo Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej i Głównej Dyrekcji Archiwów Państwowych w Warszawie 2004 r.). Lista została ułożona na podstawie teczek archiwalnych, przekazanych Polsce przez rząd Uzbekistanu. Na liście tej znajduje się 556 nazwisk.

 

Aresztowany przez NKWD w 1937 r. rzekomo za udział w kontrrewolucyjnej Polskiej Organizacji Wojskowej Józef Sawicki został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 24 listopada 1937 r.

 

W latach 30-tych nie dobudowany kościół przeznaczano na różne cele: od hotelu robotniczego do magazynów Akademii Medycznej, która mieściła się obok, w gmachach byłego Taszkienckiego Następcy Tronu Korpusu Kadetów. Stosownie do potrzeb nowych gospodarzy kościół przebudowywano. Rzeźby znikły bez śladu. Skończyło się na tym, ze stał bez dachu – wystawiony na łaskę pogody i na próbę czasu.

 

Wreszcie w 1992 r., już w niezależnym Uzbekistanie, miejscowi Polacy wystarali się o odbudowanie świątyni. Obecnie wokół kościoła pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusa koncentruje się życie uzbeckiej Polonii.

 

Wróćmy jednak do 1917 r.

 

Straty Rosji na frontach pierwszej wojny światowej, nadchodzące zmiany społeczne, chaos życia powszedniego, wzmocnił dawne rosyjskie fobie, m. in. wobec Polaków, tym bardziej, że na porządku dziennym było odrodzenie niezależnego państwa polskiego. Temat ten, nawet tysięcy kilometrów od Polski był szeroko dyskutowany zarówno na łamach gazet, jak i po prostu w rozmowach ludzi. Przeczuwając bliskie odzyskanie ojczyzny, Polacy nie ukrywali antycarskich nastrojów – do Tajnej Policji w tym czasie nadsyłano sporo donosów. Niektórzy “korespondenci” nie poprzestawali na konkretach, próbując wyciągać konkluzje polityczne. Oto list wysłany przez taszkienckiego obywatela do Generała-Gubernatora Turkiestanu zatytułowany “Kwestia polska”:

 

“1. Panoszenie się Polaków i Niemców na początku XX w.

2. Równoległe działania Polaków i żydów po klęsce monarchii.

3. Zgubny wpływ Polaków na otaczające ją państwa w wypadku jej samodzielności.

Stała nienawiść do ciemiężców spowodowała…, że Polacy znaleźli sposoby życia samodzielnego i zdobycia władzy; Polacy… zdobyli prawa, równe prawom zwyciężców, co wyraziło się w zajęciu przez nich wyższych stanowisk w Imperium.

Kierując zwyciężcami jako zwyciężonymi, posunęli się jeszcze dalej. …

Długa walka o niezależność wlała żółć do krwi polskiego narodu i w razie odzyskania niepodległości da się to we znaki wszystkim sąsiadującym z Polską państwom, i przede wszystkim Rosji…”. 

 

Urzędnicy Generała-Gubernatora zastanawiali się przez dwa tygodnie, jak na ten list zareagować. I oto na co się zdecydowali: “Nieustannie nadzorować pana X [nadawcę]  i dyskretnie się dowiedzieć, co to za człowiek i czy nie kryje się za tym szantaż”.  Odczytali więc ten list nie jako świadectwo polonofobii, tylko jako prowokację, być może ze strony… samych Polaków.

 

Jednak ani autor listu – “analityk polityczny” o chorej wyobraźni, ani sam Generał-Gubernator, do którego list był skierowany, ani urzędnicy, którzy nad tym listem się głowili, nie wyobrażali sobie, co się stanie z Polakami – obywatelami Cesarstwa Rosyjskiego w najbliższej przyszłości.

 

Po odrodzeniu państwa polskiego, Polakom, którzy chcieli wyjechać z Rosji do kraju, przysługiwało prawo do repatriacji. Jednak wyegzekwowanie tego prawa w warunkach porewolucyjnego chaosu i zamętu Wojny Domowej było rzeczą niełatwą.

 

Instrukcje w sprawie repatriacji lawinowo napływające z Moskwy do Turkiestańskiej Republiki brzmiały niejasno. Nie raz wprawiały ludzi w stan odrętwienia, przy czym nie tylko Polaków, którzy zgłaszali chęć wyjazdu, lecz i tych świeżo upieczonych sowieckich biurokratów, od których ten wyjazd zależał. “Decydenci” z braku kompetencji i ze strachu przed daleką, niedostępną i ubóstwianą władzą centralna woleli przeczekać.

 

Oto fragment Protokołu posiedzenia Komisji do spraw “kwestii zrzeczenia się obywatelstwa rosyjskiego niektórych kategorii obywateli” (5 października 1919 r.):

 

“Po zapoznaniu się z dekretem Rządu Centralnego «o zrzeczeniu się obywatelstwa rosyjskiego niektórych kategorii obywateli” i z instrukcją Ludowego Komisarza Spraw Wewnętrznych o porządku zrzeczenia się obywatelstwa rosyjskiego, wydanej jako rozwinięcie punktu 3 wspomnianego dekretu, jak również po zapoznaniu się z podaniami, napływającymi do Komitetu Centralnego: 1. Od zastępcy pełnomocnika organizacji polskich Turkiestanu ob. Wyganowskiego, zawierającego prośbę o opublikowanie tego dekretu i 2. Od Taszkienckiej Rady uchodźców, którzy ucierpieli z powodu działań wojennych, o stosowaniu do nich tegoż dekretu drogą wydania im odpowiednich legitymacji, Komisja wysłuchała propozycji towarzysza N w tej kwestii, który wskazał, że w obecnej sytuacji zarówno na zewnętrznych, jak i wewnętrznych frontach, przy odseparowaniu Republiki Turkiestańskiej od Centrum i przy przerwach w łączności z Europejską Rosją tak ze strony Orenburga, jak i ze strony Krasnowodzka, niniejszy problem trzeba by było zostawić otwarty, sądząc, że lepsza jest na razie polityka wyczekiwania. Należy też wziąć pod uwagę, że jeżeli dopuścimy do zrzeczenia się obywatelstwa rosyjskiego osób należących do stałych obywateli Polski, Ukrainy i Litwy, w Turkiestańskiej Republiki może zaistnieć trudna sytuacja w wypadku mobilizacji, ponieważ liczba Polaków, Ukraińców i ludzi innych narodowości, którzy uważają dekret «o zrzeczeniu się obywatelstwa rosyjskiego» za ten, który może być do nich zastosowany, jest dość znaczna. Wreszcie życie przemysłowe, handlowe i kulturalne Republiki w wielu aspektach jest związane z polskim i ukraińskim elementem. Biorąc to pod uwagę dochodzimy do konkluzji, że lepiej stosować jak na razie taktykę wyczekiwania”. 

 

Czyżby członkowie Komisji obawiali się, że bez Polaków zabraknie w Turkiestanie jedzenia, jak również strawy duchowej - a «w wypadku mobilizacji» - i mięsa armatniego?

 

Warunki wyjazdu były dość surowe. Urzędnicy sami rozumieli, że ustalone terminy wyjazdu są nierealne. Wreszcie w 1923 r. Komisariat Spraw Wewnętrznych Republiki Turkiestańskiej wydał ostateczną uchwałę, dotyczącą jeńców wojennych: «wszyscy jeńcy wojenni…, którzy nie wyjechali do ojczyzny w przeznaczonych ku temu eszelonach i nie mający paszportów swoich krajów, przyrównuje się do obywateli RSFSR…». Od tego momentu żadne okoliczności nie były brane pod uwagę.

 

A na razie, póki władze zajmowały stanowisko wyczekujące, Polacy, którzy złożyli podania o wyjazd, snuli przypuszczenia, czy dostaną zezwolenie na wyjazd czy nie i, znając miejscową biurokrację, czy w ogóle dostaną jakąkolwiek odpowiedź.

 

Najtrudniej wyjechać do Polski było tym, którzy, jak Bolesław Steć, urodzili się w Turkiestanie. Jego ojciec, Mateusz Steć (znany w Taszkiencie jako Matwiej Pawłowicz Stec), pochodził z mieszczańskiej rodziny katolickiej z guberni Lubelskiej. Przybył do Turkiestanu w 1885 r. jako 19-letni żołnierz Armii Rosyjskiej. Ożenił się z Polką - Klementyną Rembiszewską, którą ściągnięto tu jako służącą do polskiej rodziny oficerskiej. Po studiach felczerskich Steć pacjentów miał pod dostatkiem i pracował z oddaniem. O jego udziale w ofiarnej walce z epidemiami: dyzenteria, malaria, tyfus, nieraz także ospa, cholera, dżuma - pisano nawet w miejscowych gazetach. Felczer Steć znalazł w Turkiestanie swoje miejsce: miał pracę, dom, dobrą rodzinę, siedmioro dzieci.

 

Syn Bolesław poszedł w ślady ojca, zapisał się na medycynę, na pierwszą w Azji środkowej wyższą szkołę – Uniwersytet Turkiestański.. W 1921 r. student drugiego roku Bolesław postanowił wyjechać do Polski, ale jako urodzony w Taszkiencie nie miał szans. Korzystając z tego, że jego siostra wyszła za mąż za Polaka, jeńca wojennego Armii Austriackiej Wielkopolskiego, i wyjechała z nim do kraju (był to dosyć typowy scenariusz życiowy dla pannz z dobrego polskiego domu turkiestańskiego), sporządził dokument, który uprawniłby go do wyjazdu. (Opisał to barwnie później w swoich wspomnieniach «Od rewolucji do łagru. Wspomnienia polskiego lekarza». Leeds, 1987). W Archiwum Państwowym w Taszkiencie zachował się ten dziwny wypis z rozporządzenia wydziału medycyny Uniwersytetu Turkiestańskiego z 13 sierpnia 1921 r.:

 

 “Oddelegować studenta drugiego roku Bolesława Stecia jako polskiego obywatela  na Uniwersytet Lwowski w związku z wyjazdem jego krewnych do Lwowa i skreślić go z listy studentów.

(...) Autentyczny podpis zastępcy kierownika wydziału i przewodniczącego komitetu wojennego.

Podpis autentyczny potwierdzam: sekretarz”.

 

Wyraz «autentyczny» pojawia się na tym skrawku papieru dwukrotnie, A jednak, po pierwsze, Bolesław był Polakiem z pochodzenia, ale nie polskim obywatelem, po drugie obydwa podpisy otrzymał, ponieważ los tego chciał, przez przypadek. Zastępcę kierownika dobrze znał felczer Steć starszy, a komisarzy wojennego podczas jego nieobecności zastępował kolega Bolesława.

 

«Oddelegować» oznaczało wysłać na studia, tzn. tymczasowo, «skreślić z listy» oznaczało bez prawa powrotu. Ale jakimś cudem władze to bełkotliwe sformułowanie zadowoliło i zezwolenie na wyjazd zostało uzyskane.

 

 We Lwowie nikt na studenta Stecia nie czekał. Wręcz przeciwnie - uciekali od niego jak od zarazy, bo przyjechał z komunistycznej Rosji. Mimo wszystkich doznanych trudności młody lekarz postanowił do Taszkientu nie wracać.

 

Ale nie dane mu było być panem swego losu. O tym trochę niżej.

 

Na różne więc sposoby Polacy wyjeżdżali do kraju. Lecz byli również tacy, którzy wyjeżdżać nie chcieli. Niektórzy pod presją sowieckiej propagandy uwierzyli w raj na ziemi, komunistyczną przyszłość Turkiestanu, innym zabrakło odwagi, jeszcze inni bali się ciężkiej choroby, która się nazywała emigracją, przecież dla wielu polskich rodzin, którzy z pokolenia na pokolenie mieszkali w Azji środkowej, ta repatriacja była raczej emigracją.

 

Większość jednak wyjechała. Ci, którzy zostali, później nie raz mieli okazję tego pożałować.

 

W latach polsko-bolszewickiej wojny 1919-1920 r. polski temat znów staje się tematem pierwszoplanowym. W prasie lokalnej poświęca się mu dużo uwagi - przedruki z gazet stołecznych zajmują całe szpalty. Informacja z frontu przeplata się ze strasznymi opowieściami o «Polsce Panów» i «honorzastej [«гонористой польской шляхте»; zadufanej w sobie i swoim honorze - O.M-N.] polskiej szlachcie», o «polskich bandytach» i «Polakach – ludziach-zwierzętach», o pastwieniu się nad żołnierzami Armii Czerwonej, których Polacy zmuszają do pracy zamiast koni… A tu, obok, spacerują sobie po ulicach turkiestańskich miast i żyją bez trosk i zmartwień Polacy - byli jeńcy pierwszej wojny… W organizacjach i w zakładach masowo odbywają się zebrania, na których jednomyślnie podejmuje się decyzje «wysłania na front najlepszych i najodważniejszych towarzyszy, aby dali odprawę wyniosłym polskim panom», którzy «powinni zginąć raz i na zawsze». A ci, którzy odmawiają uczestniczenia w tej walce – precz z nimi!

 

Miejscowym Polakom niełatwo było wytrzymać tak mocny nacisk propagandy.

 

Niektórzy pod tym naciskiem postarali się jak najszybciej wtopić się w rosyjską wspólnotę. To akurat przychodziło łatwo. Trzeba było tylko «potwierdzić» odbiór rosyjskiej społeczności (ale nie władz), że Polak, w pewnym sensie podobny do Rosjanina powierzchownie, mówiący po rosyjsku, mieszkający wśród Rosjan jest… Rosjaninem. Ci, co chcieli swą polskość zachować, musieli ją głęboko ukryć.

 

Lata 20-te w ZSSR to okres wdrażania sowieckiej polityki narodowościowej. Coraz więcej pojawia się departamentów i komitetów do spraw narodowości, podejmuje się liczne uchwały w sprawie mniejszości narodowych. Wszędzie - jak zaklęcia - pojawiają się slogany o równości narodów: «Carowie, emirowie, chanowie rozsiewali wrogość między narodami. Państwo sowieckie to zgodna rodzina pracujących, bez różnicy narodowości». Ale im głośniej wrzeszczała propaganda,  tym trudniej było poszczególnej jednostce zachować swoją odrębność narodową.

 

W Taszkiencie założono Związek Obywateli Polskiego Pochodzenia. Ale założono po co? Ażeby łatwiej było kontrolować nastroje Polaków i szerzyć wśród nich nienawiść do “burżuazyjnej Polski”. Naczelnicy od kwestii «nacmenów» cytowali Stalina: «Tam, w obozie kapitalizmu - wrogość narodów, nierówność, niewolnictwo koloniаlne i szowinizm, uścisk narodowy i pogromy, imperialistyczne bestialstwa i wojny, tutaj, w obozie socjalizmu - wzajemne zaufanie i pokój, wolność narodów i równość, współistnienie pokojowe i bratnia współpraca narodów». Naczelnicy spośród «nacmenów» powtarzali to, co mówili zwierzchnicy. Oto fragment wystąpienia Przewodniczącego Polskiego Domu Robotniczego na II zjeździe „nacmenów” Uzbekistanu (1935): «Tam, w kapitalistycznej Polsce, ma miejsce wstrętny stosunek wobec pracujących Polaków, tu zaś władza radziecka stwarza dla Polaków, mieszkających w Związku republik, i między innymi w Uzbekistanie, wszystkie warunki do pracy i rozwoju kulturalnego».

 

Druga połowa lat trzydziestych to również lata wyniszczenia w Związku Sowieckim własnego narodu i Polaków - sowieckich obywateli. Jeden tylko przykład, jeden z wielu, dotyczy polskiej rodziny, związanej z historią Azji środkowej od czasów Cesarstwa Rosyjskiego do dnia dzisiejszego. Dzieje tej rodziny zostały zrekonstruowane na podstawie dokumentów z archiwów tak państwowych, jak i prywatnych.

 

Ludwik Hipolit Okulicz-Kozaryn urodził się w Witebsku w 1849 r. Mając 20 lat wyruszył w świat. Poszukując pracy dotarł do Turkiestanu. Był jednym y pierwszych Polaków - cywili, którzy przybyli tutaj pod koniec 60-tych lat XIX wieku. Rosyjski Taszkient - Nowe Miasto - dopiero zaczynało istnieć: «W 1868 i 1869 r. zbudowano kilka gmachów państwowych i około 500 domów prywatnych» (z książki A. I. Dobrosmysłowa «Taszkient wczoraj i dziś», Taszkient, 1912).

 

W mieszkaniu potomków Okulicza-Kozaryna w Taszkiencie zachował się głęboko ukrywany przez dziesięciolecia dokument z dnia 8 kwietnia 1867 r. potwierdzający szlacheckie pochodzenie rodu: «Według rozporządzenia Jego Cesarskiej Mości dano ten dokument z Witebskiego Szlacheckiego Zgromadzenia Poselskiego szlachcicowi Ludwikowi Hipolitowi, synu Ignacego, syna Stefana, Okuliczowi-Kozarynowi, zaświadczający, że urodził się, jak zaświadcza Rzymsko-Katolicki duchowny konsystorz w Mohylewie, dnia 25 sierpnia 1849 r., i że on, według decyzji tegoż Zgromadzenia, dnia 30 marca tegoż roku zaliczony z zapisem w szóstej części szlacheckiej księgi genealogicznej, do rodu Okuliczów-Kozarynów, zatwierdzonego jako ród szlachecki przez rezolucję Heroldii dnia 20 września 1834 r., i decyzja ta, zgodnie z paragrafem szóstym nakazu Jego Cesarskiej Mości, opublikowanego w rozkazach Rządzącego Senatu z dnia 23 września 1864 r., nabrała ostatecznej mocy prawnej».

 

W archiwum rodzinnym przetrwał też dzienniczek Ludwika Hipolita z 1869 r., w którym młody podróżnik starannie zapisywał odległości między miastami w drodze z Petersburga do Taszkientu – jechali wówczas rozstawnymi końmi, ruch kolejowy otworzono dopiero pod koniec lat 90–tych XIX w. –  ogółem 3742 wiorsty. W tym samym dzienniczku Ludwik Hipolit spisywał – po rosyjsku! - swoje naiwne, ale szczere patriotyczne wiersze o Polsce:

 

“Бедная Польша!

Век миновал, как тебя растерзали,

Разграбили память старины глубокой,

Грубой ногою святыни попрали,

Свергнули в бездну рукою жестокой

…Терпи и усердно молись

Деве Марии, что в Ченстохове…”.

 

W dzienniczku powtarzają się również kilkakrotnie zapisane słupkiem daty rozbiorów Polski - tak jakby młody Turkiestańczyk bał się, że zapomni swojej ojczyzny i historię swego kraju.

 

Jak świadczy wykaz przebiegu służby Okulicza-Kozaryna, przechowywany w Państwowym Archiwum Uzbekistanu, przez wiele lat pracował w Kancelarii Turkiestańskiego Generała-Gubernatora jako urzędnik średniej rangi. Za wierną służbę został odznaczony orderami carskimi, jak również gwiazdą Emira Bucharskiego.(Ordery ozdobione szlachetnymi kamieniami  nie zachowały się - w trudnych czasach - czy były kiedyś łatwe? – potomkowie sprzedali je albo wymienili - na chleb; zachowały się natomiast legitymacje do orderów). W archiwum rodzinnym w teczce z legitymacją do orderu leży ciekawa notatka: arabskie słowa muzułmańskiej modlitwy kilkakrotnie zapisane cyrylicą. Widocznie Ludwik Hipolit uczył je na pamięć, na wypadek jeżeli zajdzie potrzeba wygłoszenia jej podczas wręczania nagrody. Języka miejscowej ludności on nie znał. Mimo wszystkich starań podejmowanych przez władze centralne aby zmusić pracowników carskiej administracji do opanowania języka sartowskiego (uzbeckiego)  lub perskiego, znajomość tych języków w tym środowisku była rzadkim wyjątkiem - władzę tę walkę przegrali można powiedzieć całkowicie.

 

Okulicz-Kozaryn wielkiej kariery w Turkiestanie nie zrobił. życie rodzinne było dla niego ważniejsze. W 1880 r. ożenił się z  Elżbietą-Szarlotą Wolt-Wodder, Estonką (w Taszkiencie uchodziła za Niemkę). Z kim by w tych wczesnych latach kolonialnego Turkiestanu Polak w Taszkiencie miał się żenić? Kobiet brakowało. Zagospodarowywać kraj przyjeżdżali przeważnie mężczyźni. Co prawda, oficerowie często przywozili sobie żony z Polski, ale ich córki były w 1880 r. jeszcze za młode żeby prosić je o rękę. Tymczasem gdy czy to Niemki czy to Estonki, bez różnicy, miały podobne wychowanie – «kontekst» azjatycki zbliżał Europejczyków.

 

Powoli romantyzm młodzieńca, który zapisywał daty rozbiorów Polski w swoim dzienniczku, gdzieś się rozwiał. Urzędnik carskiej administracji o umiarkowanych poglądach został Polakiem, co potwierdza jego podpis figurujący wśród innych na podaniach w sprawie budowy kościoła. Ale na polskiego bohatera Okulicz-Kozaryn nie wyrósł. Chociaż polska historia znała lojalistów, którzy w ciągu nocy stawali się zaciekłymi wrogami cara i wiernymi przyjaciółmi wolności, Okuliczowi-Kozarynowi nie nadarzyła się okazja swojego patriotyzmu wykazać – nie było ani sposobności, ani konieczności… Być może uważał, że życia starczy i na konformizm i na patriotyzm, lecz nie starczyło.

 

Zdaje się, żona i dzieci zastępowały mu cały świat. Okuliczowie-Kozarynowie mieli czterych synow. Ludwik (imiennik ojca), Zygmunt, Jerzy (Georgij) i Witold urodzili się w Taszkiencie. Wszyscy zostali przez rodziców wysłani na najlepsze uczelnie. Ludwik studiował najpierw w Tomsku, a następnie w Kazaniu, gdzie się znajdował jeden z najstarszych w Rosji Uniwersytetów. Później Ludwik i Jerzy wyjechali na studia do Europy. Ponieważ znali niemiecki, Wrocław (wówczas Breslau, Niemcy)  jako miejsce nauki najbardziej im odpowiadał. Ludwik studiował  w Breslau chemię, Jerzy - matematykę. Obydwaj skończyli Uniwersytet w 1910 r. Ludwik wrócił do Taszkientu, gdzie założył laboratorium chemiczne dla potrzeb geologii. Jerzy kontynuował studia astronomiczne na Uniwersytecie Moskiewskim. Trzeci syn, Zygmunt, po ukończeniu prestiżowej wyższej uczelni technologicznej w Tomsku wyjechał na staż do Sorbony. Do Rosji nigdy nie wrócił. Po rewolucji jego kontakt z rodziną się urwał. (Niedawno jego potomkowie, poszukiwani w Ameryce, znaleźli się w Polsce, w Krakowie). Wreszcie, najmłodszy Witold – pupilek rodziny, uzdolniony skrzypek, udał się na studia do Moskiewskiego Konserwatorium - rosyjska szkoła muzyczna zawsze była słynna. Witold zniknął bez śladu na przełomie 1917-1918 r. Ojciec nie mógł się z tym pogodzić. Szukał syna przez lata, pisał do różnych instancji (kopie jego listów i odpowiedzi z urzędów zachowały się w rodzinnym archiwum), podejrzewał, że Witold trafił do Polski i nawet zasięgał informacji o nim w Przedstawicielstwie Polskiej Rzeczypospolitej do spraw repatriacji. Aż do samej swojej śmierci wierzył, że ukochanego Witoldika (jak go nazywano z rosyjska) odnajdzie. Wierzył nadaremnie. Witold zaginął w wirach rewolucji. 

 

W rodzinnym archiwum Okuliczów-Kozarynów w Taszkiencie zachowało się ponad sto widokówek (pocztówek) - są to listy synów do rodziców, wyznania miłości do matki, ojca i ..Taszkientu. Zachowała się tylko część tych epistoł (jest to fakt oczywisty, ponieważ w tych czasach pocztówki numerowano, to pozwalało adresatowi mieć pewność, że dochodzą wszystkie). Widocznie zachowały się najpiękniejsze z nich, te zatrzymywane na pamiątkę. One rzeczywiście są ładne - cząsteczki  cywilizowanego życia europejskiego, które przychodziło  drogą pocztową z Breslau, Berlina i Paryża do rodziców, do upalnego zakurzonego wschodniego Taszkientu. Lecz, gwoli sprawiedliwości, przychodziło do Taszkientu, gdzie barwy wydaje się są jaskrawsze, a ludzie cieplejsi.

 

Ojciec, zawsze przywiązany do Polski, Witebska i szczególnie do rodowego majątku w Wymnie, w swoich listach namawiał synów, by spędzili wakacje na polskiej ziemi, wśród licznych krewnych, w żywiole polszczyzny, lecz dzieci rwały się do Taszkientu - ich ojczyzna była już tutaj, w Azji. Tu zostawili przyjaciół i pierwsze miłości. Przekonywali ojca: «W Wymnie jest nudno jak w grobie». A ojciec przez całe życie marzył o powrocie do rodzimych stron, przez dziesięciolecia korespondował z kuzynami i kuzynkami, ciotkami i wujaszkami, braćmi i bratankami, chociaż rzadko, ale jeździł do nich. Najczęściej jego myśli o powrocie były marzeniem, mniej lub bardziej uchwytnym, ale nigdy nie nabrały cech realności, pozostały marzeniami. Ta swego rodzaju werbalna repatriacja towarzyszyła Ludwikowi Hipolitowi przez całe życie, aż do samej śmierci - w Taszkiencie, w 1922 r.

 

Obecnie potomkowie Okuliczów-Kozarynów mieszkaja również w Kirgizji.

 

Jerzy Okulicz-Kozaryn, matematyk, astronom, po ukończeniu Uniwersytetów w Breslau i w Moskwie, wrócił do Taszkientu. Był rok 1916-ty. Toczyła się pierwsza wojna światowa. Na pewno było trudno o pracę. Jerzy znalazł posadę w Piszpeku (później – Frunze, obecnie - Biszkek) w Kirgizji. Ale wydaje się, że opuścił Taszkient z innego powodu. Przypuszczenie to - na tle historii i w kontekście innych rodzinnych wydarzeń i istniejących dokumentów – wydaje się nie bezpodstawne.

 

W tym samym 1916-tym roku starszy brat Jerzego Ludwik podjął dodatkową pracę w charakterze nauczyciela geografii w Taszkienckiej Szkole Handlowej. W archiwum tej szkoły zachowała się cieniusieńka (tylko 5 arkuszy) teczka z napisem: Ludwik Okulicz-Kozaryn. Teczka cieniusieńka, ale jakże ważna, odzwierciedlająca te wojenne czasy. Administracja szkoły niejednokrotnie zwracała się do nowego wykładowcy z prośbą «złożenia dokumentów o wykształceniu i tytule naukowym». Ludwik zwlekał. Wiedział, że do przedstawienia dyplomu z Breslau czas jest nieodpowiedni – natychmiast zaliczono by go do osób podejrzanych, przecież i pochodzenia był jakiegoś «niemieckiego», i studiował w Niemczech, na terytorium obecnego wroga Rosji. Na domiar złego w mieście się roiło od Niemców – jeńców wojennych, i to niewątpliwie było «okolicznością obciążającą». Wydaje się, że to starszy Ludwik, a być może i ostrożny ojciec poradził Jerzemu, który też był absolwentem Uniwersytetu w Breslau,  szukać pracy tam, gdzie nikt nie znał rodziny Okuliczów - w prowincjonalnym śpiącym Piszpeku, dalej od stolicy rosyjskiego Turkiestanu, gdzie znajdowały się władze strzegące interesów państwowych.

 

Przez dłuższy czas, aż do 1928 r., Jerzy nie wspominał w ankietach służbowych o swoim pochodzeniu i o stopniu z Uniwersytetu w Breslau, powołując się tylko na dyplom z Moskwy. Pracując jako nauczyciel matematyki w gimnazjum, jednocześnie prowadzi badania nad unikalnym klimatem Kirgizji. W 1926 r. zostaje mianowany na dyrektora Kirgiskiego Instytutu  Hydrometeorologicznego. W 1937 r. został aresztowany.

 

Jak wynika z dokumentów Archiwum NKWD (SNB) w Biszkeku, Okuliczа-Kozaryna oskarżano o to, że “był uczestnikiem organizacji szpiegowskiej, zbierał dla niemieckiego wywiadu wiadomości o charakterze szpiegowskim, a mianowicie: stanie wód rzek Kirgizji pasa granicznego (przy granicy z Chinami) w okresie letnim“, “o przyborze wód pasa granicznego ZSRR, które mogą stwarzać przeszkody podczas przesuwania się wojsk obcych krajów na terytorium radzieckie“; rzekomo miał zamiar wykorzystać w celach szpiegowskich “radioodbiorniki zainstalowane na wysokogórskich stacjach meteorologicznych”.  W czasie dochodzenia “wykryto“, że pracował dla wywiadu nie tylko niemieckiego, lecz też i polskiego. Jakże mogło być inaczej, skoro matkę miał «Niemkę» (po co wdawać się w szczegóły: Niemka, Estonka?), а ojca miał Polaka?!

 

Jerzy Okulicz-Kozaryn zmarł w 1938 r. w więzieniu nie doczekawszy się wyroku. 19-tu innych, których rzekomo wciągnął w działalność szpiegowską zostało skazanych na śmierć.

 

W 1916 r. wyjeżdżajac z Taszkientu до Piszpeku uniknął biedy. Po przeszło dwudziestu latach, w 1937-ym,  swoje pochodzenie przypłacił życiem. Jeszcze po dwudziestu latach, w 1957 r. Jerzego pośmiertnie zrehabilitowano z powodu braku dowodów przestępstwa.

 

Ze względu na represje Okuliczowie z Kirgizji zerwali kontakty z rodziną w Taszkiencie. Nie udało się ustalić, czy wzywano do NKWD taszkienckiego brata Ludwika (w archiwach zachowały się nie wszystkie teczki, na przykład, brakuje informacji o osobach, które przesłuchiwano jako świadków lub o tych, kto, jak wytłumaczono mi w jednym z archiwów, «zbyt krótko siedziali»). Wystarczy powiedzieć, że w wielu podobnych wypadkach krewnych tych, co byli podejrzewani lub oskarżeni, prześladowano. Tak więc w teczce Okuliczа-Kozaryna w kirgiskim NKWD Ludwik figuruje jako członek sieci szpiegowskiej, rzekomo założonej przez Jerzego w  całej Azji środkowej. Represje szczęśliwie ominęły Ludwika. Mało tego, został nawet nagrodzony orderem Lenina za wkład do rozwoju chemii w sowieckim Uzbekistanie. Władza szczodrze rozdawała tytuły i ordery. Władzy nie starczyło, że ludzie jej się bali. Władza chciała żeby ją kochano.

 

«Wielka» historia Polaków w Azji środkowej składa się z tysięcy takich oto «małych» historii rodzin.

 

Większość polskich rodzin – w przeciwieństwie do Okulicz-Kozarynów z ich bogatym prywatnym archiwum - nie ma dokumentów potwierdzających ich polskie pochodzenie. W drugiej połowie lat 30-tych, kiedy walka z “wrogami narodu” nasiliła się, zniszczyli papiery ze strachu.

 

Jakże mogli się nie bać! Czujni obywatele rozpoznawali “polskich podżegaczy wojennych” (z gazet lat 30-tych). Tak jak to było za cara, Polak, choćby najbardziej lojalny, był podejrzany - nawet jeżeli nie znał języka polskiego, nie korespondował z krewnymi za granicą, nigdy w Polsce nie był i mieszkał tysiące kilometrów od granicy swej historycznej ojczyzny. Znajdował się natomiast blisko granicy chińskiej, afgańskiej albo perskiej, a więc krajów, które tradycyjnie były przedmiotem rywalizacji Rosji z innymi supermocarstwami. Bliskość granic pobudzała wyobraźnię enkawudzistów – z materiałów archiwalnych wynika, że prześladowani w drugiej połowie trzydziestych lat  Polacy najczęściej otrzymywali wyroki za szpiegostwo na korzyść obcego kraju. Jedni uchodzili za agentów, inni za werbowników. Sprawy bezwstydnie fabrykowano. W “polskich” aktach w NKWD spotyka się zapisy: ”Materiałów kompromitujących na razie nie ma” - i polecenie zwierzchników: “Działalność kontrrewolucyjną ustalić!”. I ustalano, były to: walka przeciw rewolucji, sabotaż, trwonienie dóbr państwowych, agitacja antysowiecka, wreszcie nastroje antysowieckie. Dalej – śmierć albo Kołyma.

 

Czy dało się zachować polskość na Kołymie?

 

Dokładna liczba Polaków, którzy znaleźli się na terenie Związku Radzieckiego podczas drugiej wojny światowej, jest nieznana. Tak samo nie wiadomo, ilu Polaków  przeszło w tych latach przez Azję środkową. Na pewno setki tysięcy.

 

Jak wiadomo, po inwazji Niemiec hitlerowskich na ZSRR w czerwcu 1941 r. władze radzieckie i Polski rząd emigracyjny ustaliły stosunki dyplomatyczne i podpisały umowę, zgodnie z którą «byłym polskim obywatelom» przywrócono prawo do polskiego obywatelstwa. Na mocy amnestii zwolniono ich z łagrów i więzień. Po zwolnieniu otrzymały zezwolenie na przesiedlenie się do strefy o łagodniejszym klimacie - do Azji środkowej. Ale przede wszystkim wyruszają w te strony, bo tam formuje się Polska Armia na Wschodzie - Armia Andersa.

 

Niektórzy z nich nie mieli pojęcia o tej ziemi, jednak niektórzy…wrócili do domu!

 

W 1921 r. studentowi Bolesławowi Steciowi udało się wyjechać z Taszkientu do Lwowa. Skończył tam studia medyczne. W 1939 r. pracował jako lekarz w Kałuszu, niedaleko Stanisławowa. W 1940 r., po wkroczeniu Armii Czerwonej, został aresztowany. Po więzieniach i łagrach na Syberii, amnestionowany, w 1942 r. znalazł się w Taszkiencie. Po dwudziestu latach zapukał do rodzinnego domu. Przyszedł prosto z pociągu - dom Steciów znajdował się koło dworca. Otworzył mu ojciec, ale go nie poznał. Myslał, że to kolejny pacjent zwraca się do felczera Stecia, a to był jego syn po dwudziestoletniej nieobecności i po półtorаrocznej “dalnej tajdze”. Bolesław  opuścił Uzbekistan po raz drugi z Armią Andersa – tym razem na zawsze. Nigdy więcej swej rodziny nie zobaczył. Lecz w Anglii, w mieście Leeds, gdzie mieszkał i pracował jako lekarz, po wojnie, jakimś cudem udawało mu się hodować winogrona najsłodszych uzbeckich odmian.

 

Sybir, rosyjska północ Wschodni Kazachstan, potem Azja środkowa - taka w zasadzie była marszruta przytłaczającej większości tak zwanych ewakuowanych Polaków.  W oficjalnych dokumentach polskich obywateli konsekwentnie nazywano ewakuowanymi. (Ta lingwistyka kłamstwa była na tyle pomyślna i tak utkwiła w głowach ludzi, że w Azji środkowej wielu dotychczas nie wierzy, że tak zwani ewakuowani Polacy w rzeczywistości byli deportowanymi albo uchodźcami).

Ponieważ do Azji środkowej napływało wielu Polaków, władze pilnie podejmowały kroki w stosunku do… Polaków miejscowych. Polskich obywateli przesiedlano z pustkowia syberyjskiego na przykład do Samarkandy, ale miejscowych Polaków przesiedlano na przykład z Samarkandy do nikąd. Rodzina Konarzewskich znalazła się na wypalonej słońcem pustyni, niedaleko miejsc, o których zdobycie walczył ich przodek – mężny pułkownik Konarzewski. Kobiety i dzieci jadły dziki czosnek i cebulę, znalezione na stokach dalekich gór. Ci, co byli mocni, przeżyli. Ci, co przeżyli,  otrzymali zezwolenie na powrót do Samarkandy - w 1954 r.

 

W archiwach zachowały się dokumenty o przygotowaniach w związku z rozmieszczeniem Armii Andersa w Azji środkowej. Gdzie by polscy żołnierze nie stacjonowali, największe budynki trzeba było oddać na szpitale – Polacy przybywali tu wykończeni, po ponad dwu latach tułaczki, łagrów i więzień…

 

Wśród dokumentów jest telegram od kierownika stacji kolejowej z miasta Osz do stolicy Kirgiskiej Republiki Frunze,  do NKWD:

 

 “…13 grudnia [1941 r.] o 10.15… przybyło 6 wagonów z Polakami. Do godziny 20-tej 15 grudnia wagonów nie rozładowano. Są chorzy, trzy wypadki śmiertelne. Sekretarz obkomu …i szef NKWD nie chcą rozładowywać. Uważają, że Polaków skierowano tu przez pomyłkę. Proszę pilnie podjąć decyzję, co robić. Podpis…”

 

Polacy docierają do jednostek wojskowych, aby y Armią Andersa wyjść z ZSRR.

 

Armia Andersa wyszła z ZSRR do Persji w lipcu-sierpniu 1942 r. Wielu Polaków zostało.

 

W marcu 1943 r. w ZSRR na tle kryzysu w stosunkach miedzy rządem radzieckim i polskim rządem emigracyjnym utworzona została prokomunistyczna organizacja polskich emigrantów w ZSRR - Związek Patriotów Polskich.

 

W archiwach uzbeckich i kirgiskich przechowywane są liczne dokumenty dotyczące działalności ZPP i Biura pełnomocnika do spraw zaopatrzenia ewakuowanych Polaków (stanowisko to zostało powołane zgodnie z uchwałą z 21 maja 1943 r. «O polepszeniu  pomocy materialnej Polakom, ewakuowanym z zachodnich obwodów Ukrainy i Białorusi do tyłowych regionów ZSRR») od 1943 r. aż do repatriacji do Polski w 1946 r.

Dokumenty te, w większości podania o pomoc, świadczą o życiu powszednim tych, co zostali w Azji środkowej.

 

Wśród tych, co zostali, byli mieszkańcy stolicy, jak również miasteczek, głęboko wierzący, jak również wojujący ateiści, wykształceni i analfabeci, dobrze usytuowani i z najbiedniejszych rodzin. Wojna wszystkich zrównała.

 

Polacy wędrowali po posiołkach i kiszłakach, mieszkali ciasno i bez jakichkolwiek wygód. Ci, co mieli specjalne wykształcenie (lekarze, nauczyciele, księgowi), z reguły wykonywali swój zawód. Inni pracowali w kołchozach, na polach bawełnianych i w «chłopzagotpunktach» (punktach zbiorczych bawełny), w hodowli bydła, na przykład,  jako «wierbludczycy»(w hodowli wielbłądów), w zakładach, warsztatach i kopalniach. Pracowali ciężko i przymierali głodem.

 

Przytoczę kilka przykładów (zachowuję oryginalną składnię):

 

Oto podanie G. Andrysiaka (1943 r., szczegółową datę pominięto) do Polskiego Komitetu Pomocy w Samarkandzie (petenci często nie znali prawidłowej nazwy organizacji, do której zwracali się o pomoc i która tę pomoc przydzielała, co widać również z innych podań do ZPP; wszystkie przytoczonych poniżej podania napisane są w języku polskim): «W związku z tym, że przyjechałem z łagieru i nie mam żadnych warunków do życia, proszę udzielić mi jednorazowej pomocy».

 

Decyzja na odwrotnej stronie: «Wyszedł z łagru

0,5 chl [chleba]

0,4 ml [mleka]

2 op. [opakowania] zupy groch.».

 

Do Polskiego Komitetu Pomocy w Samarkandzie pisze w 1943 r. (szczegółową datę pominięto) żona porucznika Michalina Huczyńska z rejonu Kara-Su (Kirgizja):

 

”... Niżej podpisana uprasza o udzielenie pomocy w formie zapomogi odzieżowej i produktowej. Mąż mój i dwóch braci znajdują się w Armii Polskiej generała Andersa. Ja nie pracuję z powodu chorób chronicznych, mam chore nerki. żyję w skrajnej nędzy, zupełnie bez wyjścia. Dziecko moje chude i wątłe, zupełnie nie rozwinięte, chodzi do szkoły boso w mrozy i deszcze... żyjemy w skrajnej nędzy. Mieszkanie i opał nie mam czem płacić. żyje z łaski ludzi... Straszna panika mnie ogarnia przed tą zimą. Proszę mnie i dziecku udzielić płaszcze buty koca swetry i ciepłej bielizny, produktów i mydła. Gorąco proszę nie odmówić prośbie”.

 

Do Opieki Społecznej Związku Polaków w Katta-Kurganie (Uzbekistan) pisze w 1943 r. (brak daty)  Katarzyna Kuczyńska:

 

„... Znajduję się w ciężkich warunkach życiowych…, w podeszłym wieku, chora, do żadnej pracy niezdolna. Kilka miesięcy temu zmarł mi mąż ... żyje z łaski ludzi… Goła, bosa i bez kawałka chleba , rzucona na pastwę losu... Toteż proszę Szanownej Opieki o podanie pomocnej ręki dla biednej tułaczki bym mogła wytrwać i dowieźć choć swe stare kości do Polski...».

 

Pomoc rozdzielana przez Biuro pełnomocnika była ograniczona, ale nie jednego uratowała od śmierci głodowej. «0,5 tłuszczu [zwykle baraniego – O. M.], 0,4 mleka, 2 op. [opakowania] zupy groch., 0,1herbaty» - dla tych co z miesiąca na miesiąc jedli moczone w wodzie liście winogron, to były delikatesy. Nieraz więc postanowienia na podaniach: udzielić pomocy albo odmówić – brzmiały jak wyrok lub ratunek. Bogowie-biurokraci decydowali, kto może żyć, a kto musi umierać…

 

 Ze świadczeń lekarskich, załączonych do podań, wynika, że dziesiątkowały Polaków również choroby: gruźlica, malaria, tyfus, dyzenteria...  Gorsza od głodu i chorób była niepewność co do przyszłości. Nie wiedzieli przecież ile będzie trwało to życie «na Wschodzie».

Oto świadectwo tej nieokreślonej atmosfery: Paszport na imię Michaliny Broniesławowny Chuczyńskiej w 1943 r. wydanо na pięć lat, z datą ważności do 9 marca 1948 r. Rzeczywiście, trudno było wówczas przepowiedzieć, kiedy skończy się wojna. W paszporcie znajdujemy również informację:

Data urodzenia -  19 stycznia 1908 r. Miejsce urodzenia - Lwów. Narodowość - Polka. Stan społeczny - robotnica. Stałe miejsce zamieszkania - Kirgiz. SSR, st. Kara-Su. Nie podlegająca obowiązkowej służbie wojskowej. Huczyńska Izabella Miaczesławowna 1930 r. 26 października - córka. Podpis po polsku - Michalina Huczynska.

 

A więc mieszkala na stacji Kara-Su w Kirgizji na stałe Polka Michalina Huczynska , sama, z dwunastoletnią córką. Gdzie był w tym czasie jej mąż - czy jeszcze w Palestynie, czy już we Włoszech? Czy w ogóle żył? 

 

Prawdopodobnie pomagała przeżyć przede wszystkim nadzieja na powrót do domu. Polacy zachowywali polskość –  za każdą cenę. Nie raz byli deportowani, nie tak dawno po obozach stalinowskich znów trafiali do więzień - za to, że nie chcieli przyjąć obywatelstwa radzieckiego albo służyć w wojsku radzieckim, za cokolwiek…

W lipcu 1945 r. wszystkim byłym obywatelom Polski, którzy mieli obywatelstwo przed 17 września 1939 r., przywrócono je. A razem z nim - prawo do repatriacji. Ci, którzy przeżyli, wrócili do kraju.

 

W archiwach Azji środkowej zachowały się listy repatriowanych. Nie ma tam listów tych, którzy na zawsze zostali w tej ziemi. W Azji środkowej jest 13 polskich cmentarzy wojskowych. Ale są też niezliczone masowe groby - doły, do których wrzucano ciała Polaków-cywilów, i nie ma po nich śladów.

 

Na cmentarzu w Almazar, koło Jangi-Jul, w Uzbekistanie, w nowszych czasach postawiono pomnik «żołnierzy Armii Polskiej na Wschodzie generała Władysława Andersa i osób cywilnych, byłych więźniów łagrów radzieckich, którzy zmarli w 1942 r. w drodze do ojczyny». A obok stoi inny, który zachował się od czasów radzieckich. Przy tym pomniku co roku drugiego listopada, w Zaduszki, ksiądz z odbudowanego kościoła taszkenckiego wznosi modlitwę za dusze tych, co leżą w tej ziemi.

 

Na pomniku napisano:

 

Здесь похоронены воины польской освободительной армии, отдавшие жизнь в борьбе против фашизма. 1942 г.

 

(Tu są pochowani żołnierze polskiej armii wyzwoleńczej, polegli w walce z faszyzmem. 1942 r.)

 

Jest to niezaprzeczalne świadectwo tego, jak ściśle związane są losy poszczególnych ludzi z historią krajów i narodów.  I niech to kłamliwe epitafium zostanie tu na zawsze. Oby tylko zeskrobać z naszej świadomości zakłamania, którymi przez stulecia obrosły polsko-rosyjskie dzieje.

 

                                                              

W eseju wykorzystano dokumenty z następujących archiwów:

 

Centralne Państwowe Archiwum Uzbekistanu  w Taszkiencie

Archiwum SNB Uzbekistanu w Taszkiencie

Archiwum miasta Taszkient

Obwodowe Państwowe Archiwum w Samarkandzie

Centralne Państwowe Archiwum Kirgizji w Biszkeku 

Archiwum SNB  Kirgizji w Biszkeku

Archiwum Informacji Politycznej Kirgizji w Biszkeku

Archiwum Wojenno-Historyczne w Moskwie. 

 

Ilustracje do tekstu:

 

 

 

1. Kościół rzymsko-katolicki w Taszkencie. 2002 r. Fot. K. Nathoo

 

 

2. Ludwik Hipolit Okulicz-Kozaryn  (w dolnym rzędzie trzeci z prawej strony) wśród współpracowników - urzędników Kancelarii Turkiestańskiego Generała-Gubernatora. Taszkent. Dziewięćdziesiąte lata 19 w.

 

 

3. Rodzina Okuliczów-Kozarynów. Pierwszy z lewej - Ignacy Hermenegild  Okulicz-Kozaryn z Wymna, który odwiedził brata Ludwika Hipolita w Taszkencie w 1895 r.

 

 

4. świadectwo do orderu Bucharskiego, którym odznaczono Ludwika Hipolita Okulicza-Kozaryna: “Przekład. Firmana Emira szlachetnej Buchary. Pamiętając o więzi przyjaźni i zgody, łączącej szlachetną Bucharę i potężny Rząd Cesarstwa Rosyjskiego dla dobra  narodów i rozkwitu krajów, - odznaczamy młodszego pomocnika referendarza Kancelarii L.H. Okulicza-Kozaryna srebrnym orderem Bucharskiej gwiazdy trzeciego stopnia, aby nim ozdobił pierś swoją i pozostał wobec nas przyjazny. Miasto Kermine 22 sierpnia 1900 r. Oryginał opatrzony pieczęcią Emira Bucharskiego Emir Seid Abdul Ahada“.

 

 

5. Klan Okuliczów-Kozarynów w Wymnie. W górnym rzędzie w środku - gość z Taszkentu Ludwik Hipolit. Jego syn Witold - w dolnym rzędzie trzeci z prawej strony. Ok. 1907 r.

 

 

6. Bracia Okuliczowie-Kozarynowie: Ludwik, Zygmunt, Georgi (Jerzy) i Witold.

 

 

7. Pocztówka z podobizną Kopernika wysłana przez przyjaciół z Witebska do Georgi (Jerzego) Okulicza-Kozaryna, studenta Uniwersytetu w Breslau (Wrocław) 23 kwietnia 1908 r.: “Jurku, bądź takim uczonym jak Kopernik. Dodaj (jeszcze więcej) sławy temu narodowi, do którego należysz i który cierpi…”

 

 

8. Georgi (Jerzy) Okulicz-Kozaryn. Frunze, połowa lat trzydziestych 20 w.

 

 

9. Rodzina Steciów. Bolesław - trzeci z prawej strony w górnym rzędzie. Taszkent. 1921 r.

 

 

10. Budynek, w ktorym w 1942 r mieścił się sztab armii generała Andersa w Jangi-Julu (Uzbekistan). Fot. O. Medvedeva-Nathoo, 2005 r.